sobota, 22 listopada 2008
 

Egzotyka Wschodu Drukuj
Rowerem na Elbrus
Pomysł wyprawy powstał któregoś grudniowego popołudnia. Postanowiłem podczas ostatnich studenckich wakacji zrobić coś konkretnego.
Sprzęt, mapy, wizy, sytuacja polityczna w rejonach, do których się wybierałem - we wszystkim musiałem być na bieżąco. Do tego inży-nierka, prawo jazdy, motor na balkonie, rower trzeba złożyć i ta cudowna dziewczyna. Ale jakoś się z wszystkim wyrobiłem. Spakowany, z 70-kilogramowym obładowanym rowerem, mnóstwem niepewności, ale pewnym optymizmem ruszam spod ukraińskiej granicy. Już za Lwowem odsłania się przede mną...

...piękno Ukrainy
Poruszam się dość sprawnie na mojej „bestii", cały czas mam kontakt z tym, co mnie otacza, bezpośrednio odczuwam wiatr, deszcz i palące słońce. Kieruję się na południowy wschód w kierunku Krymu. Panuje tutaj bieda, ale ludzie są niezmiernie przyjaźni, widząc „pielgrzyma" na rowerze. W mojej podróży zawsze trzymam się z dala od dużych dróg i często jadę przez zapomniane wsie, gdzie na drogach królują stare motory i zaprzęgi konne. Nie ma tu ciepłej wody, a w nielicznych sklepach są tylko podstawowe produkty. Po kilku dniach przechodzę kryzys. Jest potwornie gorąco i teren bardzo górzysty. Zastanawiam się, czy damy radę (ja i rower).
Po siedmiu dniach docieram do Półwyspu Krymskiego. Tutaj zmiana otoczenia - jest to w zasadzie jedyny turystyczny obszar Ukrainy. Jadę wzdłuż całego wybrzeża. Krajobraz krymski jest przecudowny. Słońce, morze, stepy, lasy, góry -jesttu niemal wszystko, jeśli chodzi o rzeźbę terenu.
Wreszcie docieram do granicy z Rosją. Jadę dalej na wchód, w nieznane. Teraz już wiem, że nic nie powstrzyma mnie przed zdobyciem najwyższej europejskiej góry.
Ludzie w Rosji są niesamowici. Życzliwi i pomocni. Tereny, przez które jechałem, to kaukaskie republiki. Mnóstwo tam wojska i patroli, ale żołnierze byli bardzo w porządku (dostawałem często od nich jedzenie, a raz nawet się zdarzyły dwie butelki wódki).
Docieram do podnóży Elbrusu. Tutaj niespodziewanie spotykam Rosjanina, który przyjechał na rolkach z Moskwy. Ja zrobiłem 2600, a on 1600 kilometrów i obydwaj jechaliśmy 1 6 dni - niesamowite spotkanie. Zostawiłem rower, spakowałem plecak, włożyłem górskie buty, zakupiłem zapasy na pięć dni i ruszyłem...

...w górę
Ciekaw byłem, jak mój organizm zareaguje na taką wysokość. Tego wieczoru nocuję już na śniegu na wysokości około 3500 metrów. Widoki są po prostu nie do opisania. Dwa wierzchołki Elbrusu wznoszą się dumnie wysoko nade mną i pięknie lśnią, wiecznie ośnieżone, w świetle pełni Księżyca. W nocy marznę strasznie, ale rano ruszam ambitnie dalej. Dochodzę do 4100 metrów. W tym miejscu jest sporo namiotów, bo tutaj się ludzie aklimatyzują i jest w miarę bezpiecznie. Rozbijam namiot i zakładam „bazę".

Dzięki, Agatko!
Wchodzę jeszcze tego popołudnia na 4800 metrów w ramach aklimatyzacji. Wracam potwornie zmęczony i okazuje się, że zjadłem niemal całe moje zapasy. Tak właśnie mój organizm w dość dziwny sposób zareagował na taką wysokość - byłem cały czas głodny. Spostrzegłem, że jeśli dziś w nocy nie ruszę na szczyt, to zabraknie mi jedzenia.
Pomimo ogromnego zmęczenia postanowiłem zaatakować. Po najpiękniejszym zachodzie słońca, jaki kiedykolwiek widziałem, najadłem się do syta i zasnąłem na kilka godzin. Po drugiej pobudka, ciepła kasza z rodzynkami przyrządzona na mojej wysłużonej kuchence stawia mnie na nogi i ruszam ostro do góry. O wschodzie słońca jestem już na 4800 metrach. Widok niesamowity, ale wysokość daje o sobie znać. Poruszam się bardzo powoli, podpieram się ciężko na kijkach i coraz słabiej wbijam raki. Co kilkanaście minut padam na śnieg. Ciężko mi chwytać zimne powietrze. Wreszcie docieram na przełęcz. 5300 metrów. Tutaj mam potężny kryzys. Nie mogę się podnieść ze śniegu, gtowa mi pulsuje, chwytam łapczywie powietrze, ale wciąż brakuje mi tchu. Zjadam resztę czekolady. W głowie tak jakbym miał jakiś niezły chaos. Przypomina mi się nagle Agata (obecnie moja narzeczona) i jedna z piosenek U2. To mnie niesamowicie mobilizuje. Postanawiam, że wejdę tam, na szczyt Europy, i krzyknę w kierunku Gryfina, że ją kocham.
Nie wiadomo, skąd bierze się we mnie energia na ten najcięższy odcinek. Jeszcze półtorej godziny i jestem na szczycie. Jak się tu znalazłem, nie wiem, ale nic już mnie nie obchodzi. Ustępuje zmęczenie i pojawia się nieopisane uczucie szczęścia. Udało się.
Po półgodzinie pogoda nagle się psuje. Zrywa się ogromny wiatr i wszystko przykrywają obmywające szczyt chmury. Momentalnie jestem cały oszroniony. Powoli schodzę ostrożnie w dół do mojego namiotu na 4100 metrach. Wiem, że każdy nieprecyzyjny krok czy potknięcie się w rakach mogą kosztować mnie wiele. Jednak po kilku godzinach, totalnie wyczerpany, docieram późnym popołudniem do namiotu. Dostaję trochę jedzenia od innych Polaków i zapadam w upragniony sen.
Następnego dnia czuję się, jakbym całą drogę szurał twarzą po śniegu. Usta mi tak popękały, że ledwo mogłem coś do nich włożyć i w ogóle wszystko było napuch-nięte. Schodzę na sam dół, odbieram rower i kontynuuję podróż wokół Morza Czarnego. Jadę dalej na wschód.
Okazuje się, że jedyna możliwość wjazdu do Gruzji, to droga morska. Wsiadam więc cudem do rosyjskiej kolei i wracam nad Morze Czarne. W Soczi wchodzę na prom (jeśli to kopcące żelastwo można tak nazwać) i wieczorem jestem...

...w Gruzji
Wbrew wszelkim zasłyszanym opiniom jest to całkowicie bezpieczny kraj. Przejeżdżam szybko te prześliczne tereny i już jestem w Turcji. Niby w Azji, a jednak bardziej europejsko. Jadę wzdłuż wybrzeża. Poświęcam trzy dni na zdobycie najwyższej góry pasma Kac-kar (3932 metry n.p.m.) i w zasadzie tutaj przekraczam półmetek mojej trasy.
Teraz niemal dwutygodniowa podróż wzdłuż tureckiego górzystego wybrzeża. Trasa niesamowita, na licznych serpentynach straciłem klocki hamulcowe i setki litrów potu. To była prawdziwa walka z własnymi słabościami. Tutaj też kończy żywot tylna opona. Ale mimo ogromnych upałów ciągle poruszam się na zachód. W Istambule wracam do Europy i czuję się już prawie jak w domu. W Bułgarii żegnam się z Morzem Czarnym i kieruję się do Rumunii.
To kolejny kraj, który zaskoczył mnie swym pięknem i zróżnicowaniem terenu. Górskie asfaltowe serpentyny potrafią wznieść się tutaj na dwa tysiące metrów. Po drodze mijam głównie same wioski i prześliczne tereny, na szosach często brak asfaltu, ale za to mnóstwo zaprzęgów konnych i sypiących się rowerów. Zdobywam najwyższy szczyt tego kraju (Moldoveanu, 2544 metry n.p.m.) i coraz bardziej stęskniony jadę dalej na północny zachód. Szybko przejeżdżam płaskie Węgry i już jestem w królestwie ciemnego piwa (o którym marzyłem od początku Turcji), czyli Słowacji.

Więcej przygód!
Żeby załadować do pełna plecak przygód, postanawiam zdobyć najwyższą górę Tatr, Gerlach. Zostawiam rower na wysokości 1600 metrów i ruszam ostro w górę. Pogoda nie dopisuje i nie udaje mi się wejść tego wieczoru, więc nocuje awaryjnie na Zadnim Gerlachu. Jak tylko się rozjaśniło, z rana atakuję szczyt. Po dwóch godzinach jestem w niebie. Uczucie szczęścia i spełnienia. Po całym ciele przechodzą mi dreszcze.
Wszystko się udało. Jest cudownie. Teraz już tylko powrót do domu. Jestem tak szczęśliwy i przepełniony energią, że jeszcze tego samego dnia dopedałowuję do Zakopcą, skąd PKP do Gryfina i pędzę prosto do Agatki, do Steklna.
Zastaję ją na drodze i zapominam, gdzie byłem. Wskakujemy w ubraniach do jeziora i nic już nie jest ważne. Jesteśmy najszczęśliwsi na świecie. I tak już pozostanie na zawsze!

Wszystko jest możliwe
Pokonałem 6800 kilometrów rowerem, około 2500 kilometrów koleją w Polsce i Rosji i z 250 kilometrów wodolotem. Nawet nie policzę, ile kilometrów w pionie przeszedłem i przejechałem. Udało się zdobyć Elbrus (5642 metrów), So-viecki Voin (4100 metrów) w górach Kaukazu. Kackar Dagi (3932 metrów) w tureckich górach Kackar, najwyższą górę Rumunii Mol-doveanu, oraz tatrzański Gerlach. Wyprawa trwała dokładnie 58 dni i kosztowała mnie około czterystu dolarów.
Wycieczka moja miała na celu udowodnienie sobie i innym że wszystko w życiu jest możliwe. Wystarczy zaufać sobie, nie poddawać się i dążyć do realizacji swoich marzeń i pragnień. Bo po to chyba żyjemy, nie? No i wtedy życie ma sens.



Marek Klonowski
"Poznaj Świat"
Nr 4 (579) kwiecień 2005

« wstecz   dalej »