sobota, 22 listopada 2008
 

Rosja Drukuj
Spis treści
Rosja
Rosja - Rajd Transsyberia
Smakując Syberię
Złoty Pierścień

Rosja - Rajd Transsyberia
Z mrozem sam na sam (Janusz Bochenek)
Najbardziej bałem się odmrożeń.
Po pierwszym zimowym rekonesansie na
Syberii zrozumiałem, że to nie przelewki.
Jednak mimo iż wizja powrotu do domu
bez - powiedzmy - rąk, nie dawała mi
spokoju, to prawdziwą obsesją stała
się myśl: pokonać Bajkał.


Na starej fotografii - dwóch chłopców w „podróży" na wózku. W tle - biały niedźwiedź. Dla jednego z uwiecznionych malców dzieło ulicznego fotografa miało się okazać prorocze.

W drodze
-Nosiło mnie od małego. Wcześnie trafiłem w góry. Ze Śląska w Beskidy miałem przecież blisko. Ciągnęło mnie tam w każdej wolnej chwili i szybko miało się okazać, że już mi tam za ciasno. Kiedy zaś i Tatry poznałem na tyle, że zaczęło mi doskwierać jakieś niespełnienie - począłem podświadomie pragnąć czegoś więcej.
-W górach kontaktu z naturą szukałem w samotności. Chodziłem w deszczu, nocą lub też wczesnym rankiem, kiedy tłum turystów nie przeszkadzał mi smakować jej w skupieniu. A już najbardziej magiczne były te zimowe chwile, gdy mogłem brnąć przez stężałe od mrozu powietrze, słysząc szelest roztrącanego butami śniegu i w cichym zachwycie oglądać zalane księżycowym blaskiem góry.
- Zawsze lubiłem zimę, a więc nic dziwnego, że kiedy stwierdziłem, iż potrzebuję nowych wyzwań - na myśl przede wszystkim przyszła mi Syberia.
- Najpierw miał to być marsz... z Irkucka do Polski. Ot, taki spacerek, mniej więcej wzdłuż linii kolei transsyberyjskiej. I chociaż ostatecznie nie doszedł do skutku - wschód wciąż mnie kusił.

Bajkał w głowie
Cała Polska widziała, jak biegał po lodzie, ciągnąc tę oponę. Ekipa od sensacji jednej z telewizji sfilmowała dokładnie takiego wariata, co na zamarzniętym śląskim stawie zrobił sobie Bajkał. Tam i z powrotem, od brzegu do brzegu:
- To mi - mówił - wspaniale wzmocni mięśnie. Do tego basen, siłownia, kilometry marszobiegu. Wierzę, że mi się uda!
Czy wierzył ktoś jeszcze?
- Bałem się tego Bajkału, lecz im bardziej strach narastał, tym bardziej rosła też wola, aby się z nim zmierzyć. No, sprawdzić się jako facet. Pokazać się, zaistnieć. Problem w tym, że to pragnienie przeradzało się w obsesję. Zacząłem stronić od towarzystwa - bo jak tu, na przykład, oddać się zabawie, kiedy w głowie kotłują się myśli: jak tam będzie? Nie raz więc przesiedziałem imprezę samotnie w pokoju, rozwiązując hipotetycznie czekające mnie problemy. Wycieńczało mnie też psychicznie szukanie sponsorów. To upokarzające kolędowanie po gabinetach... Nie byłem w stanie normalnie funkcjonować. Z tego wszystkiego rozstałem się z dziewczyną.
Gdy z gór zejdzie wicher, to robi, co chce z lodem - krusząc go i piętrząc przy brzegach w cate połacie torosów: lodowych złomów wyniesionych nawet i do czterech metrów. Rozbiłem obóz... Ze snu wyrwał mnie łoskot. Wypadłem z namiotu. To niedalekie torosy zapadały się pod lodową powierzchnię. Nie było na co czekać. Zwinąłem manatki. Choć do świtu brakowało jeszcze paru godzin - ruszyłem dalej przy blasku księżyca.
W roku 2000 zwyciężył ten Bajkał, obszedł go po lodzie, wędrując samotnie wzdłuż brzegów przez 63 dni. Ale...
- Miałem na drogę listy od przyjaciół. Gdy było ciężko - otwierałem któryś. Ostatniego dnia ostro wiało, wilgotny wiatr przenikał moje wycieńczone ciało. Na ten dzień zachowałem list właśnie od dziewczyny. Czytałem go i z każdym jego zdaniem nikła nadzieja na to, że może jeszcze... I taki był ten mój dzień triumfu, kiedy zamknąwszy 1 270-kilometrową pętlę, zamiast euforii czułem tylko gorycz... I do dziś nie wiem, co było ważniejsze.

Cóż sława...
Potem jednak nadeszły chwile chwały. Wyszedł z cienia. Nikomu nieznany dotąd chłopak odbierał - za Wyczyn Roku - Kolosa, podróżniczego „Oscara", najbardziej prestiżową polską nagrodę w tej dziedzinie. Radio, prasa, wywiady...
I bezrobocie - bo tuż przed wyprawą stracił pracę.
-Wcześnie się dowiedziałem, że sława mija szybko. Prócz statuetki Kolosa na pótce niewiele z niej wynikło. Poza nauką, że nie warto podejmować wyzwań tylko dla wyczynu. Bo łatwo można pozostać sam na sam z pustką. Z drugiej strony - na pustkę w życiu najlepiej wyjechać. Myśleć o sprawach prostych, takich jak głód i zmęczenie - i nie sięgać myślami dalej jak do jutra. Codzienne życie w mieście bywa trudniejsze od najcięższej wyprawy.
Więc - czas na kolejną. Środków z nagrody „Księgi Przygody" (dla młodych zdolnych) starczyło na spływ Indygirką - dziką syberyjską rzeką. Maleńkim pontonem. Samotnie.
- Tak, wszystkie moje wyprawy odbyłem samotnie. Dlaczego? Nie wiem. Nie, żebym był samotnikiem. Wręcz przeciwnie - po powrotach jestem bardzo towarzyski. Ale bywa też, że chociaż wokół roześmiane twarze - jakoś tak nagle dopada mnie samotność. A na wyprawie przecież także mam przyjaciół: ciepły śpiwór i namiot, co daje mi schronienie. Na Bajkale na kubek wołałem Ala-dyn. Bo czasem robi się tak człowiekowi, że koniecznie jednak trzeba z kimś pogadać. No to się gada, śmieje - niby sam do siebie - a taki kubek nie odejdzie, musi cię wysłuchać.
Obszedł jeszcze mongolskie jezioro Chubsuguł. 400 kilometrów. Przymierzał się zimą, lecz wygrały mrozy i głębokie śniegi. Ale nie podarował i wrócił tam latem.
Jesienią zaś był już w Toruniu. Zaoczna geografia i... myśl o uniwersyteckiej bazie na Spitsbergenie. Tam, między białymi niedźwiedziami, chciał w małej chatce spędzić noc polarną. Ktoś obiecał... Nie wyszło. W ogóle zaczęła się jakaś nie najlepsza passa.
- Nie wyszło też ze studiami. Zabrakło pieniędzy. Będąc na drugim roku - wróciłem do Katowic. Na ściany i kominy. Z prac na wysokościach można nieźle wyżyć. Przydał się kilkuletni wspinaczkowy epizod. Zresztą nadal w weekendy jeżdżę z kolegami w skałki.

0, Syberio!
Z góry dalej widać. Wisząc gdzieś na ścianie remontowanego bloku, Janusz planuje więc przyszłość.
- Nie mogę żyć bez Syberii. Przez ostatnie dwa lata odpocząłem od niej i już ruszałbym znów na wschód.
Tym razem pójdę po lodzie z biegiem skutej nim rzeki. Tam, gdzie średnia temperatura zimą sięga minus pięćdziesięciu. Czeka mnie znów marsz przez ponad tysiąc kilometrów. Ale jeszcze troszeczkę muszę popracować. Tym razem nie będę żebrał u nikogo. Zarobię sam na wyprawę, bez niczyjej łaski.
- Starczy też na studia, wracam do Torunia. A że nie chodzi już tylko o wyczyn - wybrałem na wędrówkę taką okolicę, gdzie będę mógł obserwować w szczególnej obfitości tak zwany lód gruntowy. Spotkałem się z tym zjawiskiem wcześniej, dość mnie intryguje. Może napiszę o nim pracę magisterską?
W tej przyszłości nie widać na razie towarzyszki życia.
- Jakoś nie spotkałem fascynatki polarnictwa. Inne chyba się boją. Normalna dziewczyna pewnie nie wytrzyma. Nie zrozumie tego pędu w białą przestrzeń. Chociaż... nie tracę nadziei. •

Wybrałem na wędrówkę taką okolicę, gdzie będę mógt obserwować w szczególnej obfitości tak zwany lód gruntowy.

Tekst: Janusz Czerwiński
"Poznaj Świat"
Nr 1 (576) styczeń 2005


« wstecz   dalej »