Strona główna arrow Relacje arrow Mały Rycerz i inni
piątek, 05 września 2008
 

Mały Rycerz i inni Drukuj
 Spełniło się nasze marzenie z dzieciństwa. Poznaliśmy miejsca związane z legendą najbarwniejszej postaci Sienkiewiczowskiej „Trylogii” - pułkownika Wołodyjowskiego. I podobnie jak bohaterowie „Ogniem i mieczem” - Skrzetuski z Rzędzianem - płynęliśmy malowniczym kanionem Dniestru.
  
Ponad trzydziestu kajakarzy z całej Polski przepłynęło ponad 300-kilometrowy odcinek Dniestru z Halicza do Żwańca k. Chocimia. My również uczestniczyliśmy w tej wyprawie. Zorganizowało ją Zamojskie Towarzystwo Turystyki Górskiej oraz Uczniowski Klub Sportowy „Kiko” przy Szkole Podstawowej nr 4 w Zamościu.
- Dla większości z nas była to sentymentalna podróż do pachnących stepów, dzikich jarów i skał oraz szerokiego, swobodnego życia. I choć Podole, jakie zapamiętaliśmy z kart książek Henryka Sienkiewicza odeszło już w przeszłość, to pozostały urzekające pięknem krajobrazy, osobliwości przyrody, romantyczne ruiny kresowych zamków, opuszczone od ponad półwiecza kościoły, zapomniane polskie cmentarze oraz inne pamiątki burzliwej historii tej ziemi - opowiadał dr Paweł Zaręba, fizyk z Lublina.

Nienawiść wrosła w serca...
Z Zamościa wyjechaliśmy świtem, 29 lipca. Wyprawa zaczęła się pechowo. Na przejściu granicznym w Hrebennem autobus odmówił posłuszeństwa. Przymusowy postój na oddanym niedawno do użytku terminalu trwał ponad godzinę. Awarię usunięto dzięki pomocy mechanika, którego specjalnie ściągnięto z Zamościa. Na szczęście odprawa celno-paszportowa zajęła niespełna pół godziny. Po ośmiu godzinach jazdy, po fatalnych ukraińskich drogach przez Rawę Ruską, Lwów, Rohatyn, wieczorem bez większych kłopotów dotarliśmy do Halicza i tuż przy Dniestrze rozbiliśmy pierwszy obóz.
Następnego dnia wczesnym rankiem wypłynęliśmy kajakami w kierunku wsi Dołge.
Dniestr w górnym biegu jest tak płytki, że w niektórych miejscach trzeba było wysiadać z kajaków, aby przeciągnąć je na głębszą wodę. Na strome skalne nabrzeża i jary, nadające rzece wygląd kanionu, trzeba było jeszcze poczekać. Po drodze zatrzymaliśmy się w Mariampolu. Według legendy, nazwa tej miejscowości związana jest z ocaleniem założyciela miasta, hetmana Jana Jabłonowskiego z nurtów Dniestru po tym, jak zawierzył on swoje życie Matce Bożej.
W okresie międzywojennym 80 proc. mieszkańców Mariampola stanowili Polacy. Podczas napadów 1944 r., nacjonalistyczne bojówki ukraińskie zamordowały około 100 osób.
W centrum Mariampola spotkaliśmy Olgę Ferenc (82 lata). Mówiła piękną, przedwojenną polszczyzną. Opowiedziała nam, że przed 1944 r. razem z rodziną mieszkała w Jarosławcu k. Przemyśla. W ramach akcji „Wisła”, jej rodzinę wysiedlono właśnie do Mariampola.
- Teraz zostałam tu sama. Nie żyje już moich dwóch braci, umarło pięć sióstr – płakała kobieta.

Gość w dom, Bóg w dom
Następnego dnia, po czterech godzinach wiosłowania, dotarliśmy do wsi Dołge. Obozowisko założyliśmy nieopodal nabrzeża Dniestru. Wieczorem okazało się, że właśnie tędy krowy wracają z pastwiska. Krasule niezrażone naszą obecnością, kluczyły pomiędzy namiotami. Jedna z nich porwała kajakarzowi z Bydgoszczy suszącą się na namiocie kolorową koszulę. Za nic nie chciała jej oddać. Borys, który opiekował się stadem, sporo się natrudził, zanim wyrwał zwierzęciu koszulę z pyska.
Nasz przyjazd wzbudził ciekawość mieszkańców wsi. Dzieci chciały pływać naszymi kajakami, a dorośli interesowali się głównie tym, skąd przyjechaliśmy. W Dołgem pierwszy raz doświadczyliśmy serdecznej gościnności miejscowych. Podarowali nam kilogramy świeżych pomidorów i ogórków. O zapłacie nikt nie chciał słyszeć.
- Gość w dom, Bóg w dom - tłumaczyła 54-letnia Larysa.
Podobnej gościnności i serdeczności doświadczyliśmy wiele razy od mieszkańców różnych miejscowości, położonych na trasie spływu. Kajakarzowi z Torunia trafiła się nawet propozycja matrymonialna. Pewien 10-latek próbował go namówić, aby spotkał się z jego matką.
- Pan by się jej spodobał, a ona panu. Mama nie ma już męża, no i chętnie wyjechałaby do pracy do Polski... - przekonywał chłopiec.

Dom uciech na kółkach
Drugi etap spływu był dwukrotnie dłuższy od pierwszego. Przewiosłowaliśmy ponad 50 km. Od Koropca Dniestr płynie już w głębokim kanionie. Rzeka wije się pomiędzy stromymi zboczami, sięgającymi nawet do 200 metrów wysokości. Wspaniałe widoki pozwalały zapomnieć o zmęczeniu. Do wsi Dolina dotarliśmy po blisko 8 godzinach wiosłowania. Na szczęście nie było tu wielu atrakcji. Można się było wcześniej położyć spać.
Kolejny etap spływu zakończył się we wsi Łuka. Tutaj w 1673 r. król Jan III Sobieski wraz z wojskiem, podczas wyprawy chocimskiej, przeprawiał się przez most łączący drogę z Buczacza do Kołomyi.
Starsi mieszkańcy Łuki utrzymują się głównie z uprawy roli. Młodsi szukają zarobku poza granicami Ukrainy.
Wasyl Worobiuk jeszcze kilka lat temu jeździł do pracy, do Polski. Od 1,5 roku zajmuje się w Łuce produkcją wędzonego sera.
Zaplecione serowe warkocze wędzą się przez 12 godzin nad paleniskiem z bukowego i dębowego drewna. W domowej serowarni pracuje prawie cała rodzina Wasyla. Gotowy wyrób sprzedają do sklepów i handlują nim na pobliskich jarmarkach.
- Można z tego wyżyć – tłumaczył nam Wasyl łamaną polszczyzną. - Teraz przynajmniej nie muszę wyjeżdżać na zarobek poza Ukrainę.
Wieczorem, na drodze przed naszym obozowiskiem, zatrzymała się biała wołga. Na przedniej masce auta pulsowały na przemian dwie wielkie diody, czerwona i niebieska.
- Byłem przekonany, że to milicja - opowiada Marek Parys, kajakarz z Torunia. - Po chwili z samochodu wysiadł podpity mężczyzna w towarzystwie młodej kobiety. Do namiotów podszedł sam. Po krótkiej rozmowie zaproponował: „Panowie, mam baby do sprzedania”. Chętnych nie było, wołga odjechała.
W Uścieczku mamy jeden dzień stojanki, czyli odpoczynku. To mała wieś u ujścia rzeki Dżuryn. Przed II wojną światową była to miejscowość uzdrowiskowa. Jej okolice słynęły z dzikich migdałów, z sadów morelowych oraz z uprawy winorośli.
Namioty rozbiliśmy na placu obok opustoszałej szkoły podstawowej. Kilka lat temu dzieci wróciły do budynku starej, przedwojennej szkoły, a ten postawiony za Sowietów niszczeje. W przyszłym roku samorząd wiejski zamierza doprowadzić do szkoły wodociąg.
- Mieszkańcy byli zaskoczeni, gdy na ten cel podarowaliśmy im kilkaset hrywien, zebranych wśród spływowiczów. Zapewnili nas, że jeżeli przypłyniemy w przyszłym roku, będziemy mogli bez ograniczeń korzystać z bieżącej wody - opowiadał Lesław Flaga, komandor spływu.

Wieś, której nie ma
Jednodniowy odpoczynek w Uścieczku wykorzystaliśmy na wycieczkę do Czerwonogrodu i do najwyższego na Podolu wodospadu na rzece Dżuryn. Czerwonogród był niegdyś siedzibą powiatu, obecnie to nieistniejąca właściwie wieś, której obszar włączono do sąsiedniego Nyrkowa. Ostatnią właścicielką czerwonogrodzkiego majątku (w latach 1862-1945) była Maria Eleonora z Zamoyskich.
Przed II wojną światową w Czerwonogrodzie mieszkało około 400 osób, w zdecydowanej większości Polaków, wywodzących się z drobnej szlachty. W nocy z 2 na 3 lutego 1945 r. nacjonaliści ukraińscy zamordowali w miejscowym kościele około 60 Polaków, ich domy spalono. Potem wieś już się nie odrodziła. Materiał uzyskany z rozbiórki pałacu wykorzystano do budowy kołchozowych chlewni w pobliskim Nyrkowie.
Kolejnym etapem naszej podróży były Zaleszczyki. To miasto malowniczo położone w ogromnym zakolu Dniestru, otoczone ogromnymi skałami i urwiskami. Łagodny klimat i duże nasłonecznienie sprzyjają uprawom moreli, brzoskwini, arbuzów i winorośli. W latach trzydziestych minionego stulecia Zaleszczyki były popularnym kurortem. Obecnie prawie nic nie pozostało z dawnych pensjonatów i willi wczasowych.
W Sinkowie mamy drugą stojankę, tym razem jest to odpoczynek z konieczności. Ponad dwugodzinna burza prawie zatopiła nasze obozowisko. Ci, którzy namioty rozbili w zagłębieniach, zmuszeni byli przespać noc na siedzeniach w autokarze. Była to tylko drobna niewygoda w porównaniu z nieszczęściem, jakie tej nocy spotkało rodzinę mieszkającą obok naszego obozowiska. W pożarze spłonął ich dom.
W Olchowcu kilku gapiów nie mogło się nadziwić flagom polskiej i ukraińskiej, razem zatkniętym w nabrzeżu po to, aby kajakarze wiedzieli, gdzie jest koniec etapu.
- U nas takie zmiany w kraju... (Po zawirowaniach parlamentarnych Janukowycz został premierem Ukrainy - przyp. red.). Pomyśleliśmy więc, że może także granicę polsko - ukraińską przesunięto w głąb Ukrainy - tłumaczył swoje zdziwienie mieszkaniec Olchowca.

Życie to szereg poświęceń
Spływ Dniestrem zakończył się w Żwańcu. Nieopodal, u ujścia Zbrucza do Dniestru są Okopy św. Trójcy. To obóz warowny, założony na polecenie króla Jana III Sobieskiego. Był on bazą dla wojsk blokujących zajęty przez Turków Kamieniec Podolski. Formacje te zapobiegały tureckim wypadom w głąb Polski. Kamieniec Podolski i Zbaraż odwiedziliśmy w drodze powrotnej do Zamościa. Zwłaszcza Kamieniec dla wielu z nas był celem sentymentalnej podróży do świata bohaterów Sienkiewiczowskiej „Trylogii”. To miasto pisarz umieścił w „Panu Wołodyjowskim”. Tytułowy bohater, pułkownik Michał Wołodyjowski nie opuścił twierdzy bronionej przed oblegającymi ją Turkami. Na wieść o tym, że komisarze oddali je wrogom, wysadził zamek i sam przy tym stracił życie. Literackim pierwowzorem obrońcy kamienieckiej twierdzy był pułkownik Jerzy Wołodyjowski, stolnik przemyski. Według niektórych pamiętnikarzy, to on był dowódcą obrony Kamieńca Podolskiego przed turecką nawałą.
Obrona twierdzy jednak z góry była skazana na klęskę. Forteca nie mogła długo się opierać armii tureckiej, dysponującej wówczas najlepszym sprzętem wojennym. Potężna artyleria wroga siała spustoszenie w mieście, a domy i umocnienia forteczne obracała w gruz.
W odróżnieniu od fikcyjnego bohatera „Trylogii”, prawdziwy pułkownik Wołodyjowski nie ożenił się z młodziutką i zadziorną panną Basią, a poślubił czterdziestoletnią Krystynę Jeziorkowską, wdowę po trzech mężach. Żona nie towarzyszyła mu w czasie oblężenia Kamieńca. Opuściła miasto przed przybyciem Turków.
Kamieniecka twierdza broniła się przez tydzień. Gdy dalsza obrona nie rokowała szans powodzenia, do Turków wysłano parlamentariuszy. Po kapitulacji, każdy mieszkaniec Kamieńca mógł opuścić miasto. Pułkownik Jerzy Wołodyjowski kierował wymarszem wojsk z twierdzy. Wtedy właśnie murami Kamieńca wstrząsnął potężny wybuch prochu, zgromadzonego w zamkowych piwnicach. Prawdopodobnie podpalił go Hekling, dowódca zamkowej artylerii. Niemiec z Kurlandii nie mógł przeboleć utraty twierdzy.
Eksplozja w zamkowej zbrojowni zabiła prawie dziewięciuset żołnierzy, w tym i pułkownika Wołodyjowskiego. Lecący kamień lub kartacz roztrzaskał mu czaszkę. Zwłoki obrońcy kamienieckiej fortecy złożono w podziemiach miejscowego kościoła franciszkanów. Tam, przez ponad ćwierć wieku czekały na powrót Kamieńca do Rzeczpospolitej.
Obecnie kilkadziesiąt metrów przed głównym wejściem do tamtejszej katedry stoi niewielki pomnik poświęcony pułkownikowi Wołodyjowskiemu, „hektorowi kamienieckiemu”. Wyryto na nim motto: „Życie to szereg poświęceń”.
- Spływ Dniestrem to nie tylko fantastyczna podróż do krainy z chłopięcych marzeń, rozbudzonych przygodami pułkownika Wołodyjowskiego i innych bohaterów „Trylogii”. To także żywa lekcja wspólnej historii Polski i Ukrainy – podsumowuje Krzysztof Kopyść z podlubelskiej Turki.

Kronika Tygodnia
22 sierpnia 2006r. (nr 32 (765))
« wstecz